Odpowiedzialność za zawodnika = odpowiedzialność za decyzje?

Wielokrotnie rozpoczynałem ten wpis, wielokrotnie zastanawiałem się czy przedstawiona reakcja nie będzie przejawem słabości…

Jak zwykle odpowiedzi szukałem w literaturze…, ale każde kolejne podejście kończyło się narastającymi wątpliwościami. Z odsieczą przybył mi “Autoportret człowieka. Myśli, aforyzmy” Antoniego Kępińskiego. Natrafiłem w nim na fragment, który w swojej prostocie staje się definicją określającą dobrego trenera i nauczyciela: “Człowiek, który ma odwagę wziąć odpowiedzialność za samego siebie, na ogół szybciej się starzeje niż ten, który tę odpowiedzialność przerzuca na otoczenie.”

Decyzja o zostaniu trenerem lub nauczycielem jest niczym innym jak świadomym braniem odpowiedzialności za swoje działanie, czyli także za błędy, które są nieodzowną częścią naszej pracy.

Żeby klarowniej przybliżyć problematykę swojego postu podam przykład, który zdecydowanie zmienił moje podejście:

Jak już nieraz wspominałem… przez kilka pierwszych lat traktowałem swoją pracę jako wieloetapowy schemat oparty na analizie możliwości i zagrożeń. Zawodnicy byli jednostkami, które dzięki eliminacji czynników hamujących rozwój pozwalały na uzyskanie zaplanowanych rezultatów. Na zmianę mojego podejścia wpłynął… 8 letni zawodnik (wielki mały człowiek). Jestem zdania, że każdy trener powinien najpierw nauczyć się pracy z dziećmi, aby potem lepiej zrozumieć dorosłych. Przejdźmy już jednak do mojej historii:

W 2015 roku wykonałem kolejny zaplanowany krok, czyli podjąłem się nie lada wyzwania… Moim zadaniem było trenowanie dzieci w wieku 8-9 lat. Po analizie, testach, badaniach i pierwszych zaplanowanych (?) decyzjach wraz z trzema opiekunami i nowymi podopiecznymi wybrałem się na tygodniowy obóz sportowy. Ostatnią noc przed wyjazdem spędziłem na uzupełnieniu odpowiednich danych, ostatnich korektach struktury rzeczowej treningu oraz planu dnia. Porannej zbiórce towarzyszyły uśmiechy, pozytywna energia oraz pierwsze pożegnania. Na miejscu stawiliśmy się o zaplanowanej porze, rozdzieliliśmy pokoje, przedstawiliśmy regulamin i zjedliśmy pyszny obiad. Po “leżakowaniu” rozpoczęliśmy trening… i tu zaczyna się prawdopodobnie najważniejsze wydarzenie w mojej dotychczasowej karierze zawodowej. Jeden z zawodników (nazwijmy go Jasiu) podczas treningu zgłosił nudności, które bardzo szybko przekształciły się w silne wymioty. Po szybkiej – telefonicznej konsultacji z lekarzem podjąłem decyzję o przewiezieniu chłopca do szpitala. Uprzednio krytykowana decyzja o zabraniu aż trzech dodatkowych opiekunów (średnio 5 osób na jednego opiekuna) okazała się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Nie było czasu, więc zmieniłem tylko obuwie oraz koszulkę i ruszyliśmy. W szpitalu otrzymaliśmy informację, że podjęta decyzja była świetnym posunięciem, ponieważ silne odwodnienie u tak małego chłopca stanowiło realne zagrożenia dla jego życia. W tym samym czasie w miejscu obozu pozostali opiekunowie podjęli prewencyjne działania mające zniwelować ryzyko wystąpienia podobnych objawów u pozostałych obozowiczów. Wraz ze mną i moim podopiecznym do szpitala wybrała się niezwykle inteligenta opiekunka, która pomagała mi w tej “dziewiczej” dla mnie sytuacji. Po badaniach podjęto decyzję o zatrzymaniu chłopca na noc… i tu rozpoczyna się druga, ciekawsza część tego opowiadania.

Odpowiednia “obsada pedagogiczna” pozwoliła mi na podjęcie jedynej słusznej decyzji, czyli pozostania wraz z zawodnikiem w szpitalu. Można to nazwać “instynktem tacierzyńskim”, ale ja zdecydowanie wolę określenie odpowiedzialność za osobę, która mi zaufała. Pierwszą anegdotą “wybijającą się ze schematu” była reakcja chłopca na wielką strzykawkę – usłyszałem płacz i krzyk: “Trenerze!!!”. W tym samym momencie rozmawiałem z mamą dziecka, więc tylko wychyliłem głowę zza progu i powiedziałem: “Jestem, jestem… spokojnie”. Widocznie strzykawka stała się zdecydowanie mniejsza… bo obyło się bez protestów. Po podaniu przez pielęgniarki wymaganych leków i podłączeniu kroplówki usiadłem obok łóżka na prawdopodobnie najtwardszym i najmniej wygodnym krześle jakie było dostępne. Spytałem Jasia, czy chce obejrzeć bajkę. W odpowiedzi usłyszałem “yhmm”, więc odpaliłem tą “piekielną maszynę” i rozpocząłem poszukiwania programu z kreskówką… szukam, szukam i słyszę “stop”. Zatrzymaliśmy się na filmie o młodym czarodzieju, który nie wiedzieć czemu od pierwszych lat swojego istnienia działa na mnie jak silne leki usypiające… Spytałem: “Chcesz to?”, usłyszałem ponownie “yhmm” (nawet nie wyobrażacie sobie jaką walkę stoczyłem, żeby nie wpaść w objęcia Morfeusza… haha.. to musiało wyglądać komicznie). Gdy Jasiu zasnął wyłączyłem telewizor i rozpocząłem czuwanie (tzw. walka z powiekami). Na pomoc wyszedł mi zawodnik, ponieważ znowu usłyszałem: “Trenerze!!”. Wezwałem pomoc. Okazało się, że trzeba zbijać temperaturę. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie. Nad ranem znów się odezwał: “Trenerze, siku!!”. Z racji wysokości łóżka i barierki musiałem wykonać manewr przeniesienia chłopca na podłogę.. po chwili zrozumiałem jak czują się rodzice trzymający małe dzieci.. w każdym razie ciężko było wyprać koszulkę, spodnie i buty (z pomocą wyszły mi pielęgniarki… niestety nie potrafiły powstrzymać śmiechu 😀 ). Po kilku godzinach na miejsce przyjechali rodzice tego “łobuza”, wiec skończyłem wartę i wybrałem się w drogę powrotną do ośrodka, w którym odbywał się obóz. Na tym skończmy.

Dlaczego ta sytuacja odcisnęła na mnie takie piętno? Zrozumiałem jedną, ale bardzo istotną sprawę: trenujemy ludzi… nie liczby, nie statystyki. Pracujemy z żywą jednostką, za którą bierzemy odpowiedzialność!

Tym samym zrozumiałem, że każda moja decyzja może doprowadzić zarówno do sukcesu jak i tragedii.

Zobaczyłem, że czasem należy reagować stanowczo, innym razem należy jedynie słuchać, w jeszcze innych przypadkach trzeba podjąć trudną decyzję nie kierując się dobrem własnym, ale cudzym.

Zmieniło się moje postrzeganie i reakcje. Mecze ligowe i turnieje nierzadko wywołują u mnie bezsenność, wymagają ode mnie maksymalnej koncentracji, wymuszają przemyślenia. Nie martwię się o wynik, martwię się o jednostki, o ich zdrowie, o błędne decyzję, które mogą im zaszkodzić.

Kiedyś uważałem to za słabość, dziś wiem jak bardzo się myliłem. Posiąść władzę jest zdecydowanie łatwiej, niż ją sprawować.

No… kamień z serca… trochę odskoczyliśmy o tematyki naukowo-szkoleniowej, ale czasem warto poświęcić się przemyśleniom i dygresjom (choć spada wtedy wartość merytoryczna tekstu).

Chcesz porozmawiać na ten temat? Może znasz jakieś ciekawe przykłady odnoszące się do problematyki mojego wpisu?

Skontaktuj się ze mną! Serdecznie zapraszam do dyskusji.

1 thought on “Odpowiedzialność za zawodnika = odpowiedzialność za decyzje?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *